Różaniec - okładka czasopisma (nr 10 październik 2011)
Świadectwa

Jak dobrze Twym dzieckiem być!

Szczęść Boże!

W sierpniu podzieliłam się świadectwem odprawienia Wielkiej Światowej Nowenny Pompejańskiej o nawrócenie grzeszników, z których jestem pierwszą i największą. Gdy we wrześniu na świecie pojawił się nowy członek w naszej rodzinie (wnuk) byłam przekonana, że na długi okres czasu pożegnam się z odprawianiem kolejnej Nowenny Pompejańskiej. Myliłam się i nie odparłam zaproszenia do następnej Wielkiej Nowenny Pompejańskiej w intencji rodzin o wiarę, nadzieję i miłość dla jej członków… Nawet, gdyby się nie udało, warto przecież spróbować, wszak modlitwa i tak nigdy nie jest zmarnowana. Skoro rodzina się powiększyła, to tym bardziej nie potrafiłam zignorować zaproszenia z Teobańkologii na Facebooku. Nowennę rozpoczęłam 16 października, a zakończenie przypadało na 8 grudnia. Odpuściłam sobie jednak tajemnice światła. Rzeczywiście bardzo się rozminęłam ze swoją intuicją, że maleńki wnuk będzie przeszkodą, by odprawiać 54-dniowe nabożeństwo.

Październik był pięknym miesiącem, jeśli chodzi o aurę i to właśnie na długich spacerach często odmawiałam Nowennę „nie do odparcia”. Na łonie natury, krocząc u boku męża i córki pchającej wózek, zdarzały się małe cuda. 25 października na długim ok. 6 km spacerze o godzinie 15 w oddali rozbrzmiewała na całą okolicę melodia hymnu „Jezu ufam Tobie”. To oznaczało, że za chwilę dotrzemy pod kościół p.w. Chrystusa Króla. Zaczęłam więc w drodze odmawiać koronkę do Bożego Miłosierdzia, którą zakończyłam przy kościele. Wróciwszy do domu zauważyłam na krokomierzu, że swój cel tzn. 6000 kroków osiągnęłam właśnie o godzinie 15. Nowenna Pompejańska nie była jedyną modlitwą, którą codziennie odmawiałam. Oprócz tego od 13 maja modliłam się w Dziele Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Wówczas, także 13 maja, rozpoczęłam Wielką Światową Nowennę Pompejańską o nawrócenie grzeszników. Żywiłam wielką nadzieję, że Nowenną uproszę także łaskę nawrócenia dla rodziców adoptowanego duchowo dziecka. Nowennę zakończyłam 5 lipca, a w duchowej adopcji trwałam nadal, modląc się 10-tką różańca oraz poszcząc w piątki o chlebie i wodzie.
Podczas Nowenny Pompejańskiej w intencji rodzin o wiarę, nadzieję i miłość dla jej członków, modląc się ogarniałam pamięcią adoptowane dziecko i jego rodziców, od których przecież tak wiele zależy. Wiem z doświadczenia, że małe dziecko potrafi wnieść do domu wiele ciepła, radości… a stąd także do pomnożenia cnót – wiary, nadziei i miłości.

W okresie trwania Nowenny, przełomowym dniem był 18 listopad. Co kryje się pod tą datą? Można rzec, że z pozoru nic nadzwyczajnego. Tego dnia byłam na zakupach w markecie. Pośród towarów, jeden okazał się jednak nadzwyczajny. Już przy wejściu do sklepu mój wzrok utkwiłam w roślinie, którą można było kupić w promocyjnej cenie za 15 zł. Nie tylko cena, ale przede wszystkim liście rośliny zrobiły na mnie wrażenie. Przypomniałam ją sobie z dzieciństwa. Ponad 40 lat temu hodowała ją moja śp. mama. Nie pamiętam już jednak dlaczego roślina się zmarnowała… Mama miała przecież ręce do kwiatów i była wspaniałą ogrodniczką. Nie oparłam się pokusie i roślina o pięknych, malowniczych liściach była pierwszym towarem umieszczonym w wózku zakupowym. Po powrocie do domu, korzystając z internetu, musiałam zapoznać się z optymalnymi warunkami hodowli rośliny. Przeczytałam m.in. że pochodzi z Ameryki Południowej i Środkowej, a w stanie naturalnym rośnie w lasach Brazylii. Maranta – to o niej mowa – wyróżnia się ciekawą i rzadko spotykaną cechą. Jest zdolna do wykonywania ruchów. Lubi miejsca ciepłe, lecz pół cieniste. Poza tym lubi być zraszana i podlewana letnią przegotowaną wodą. Ma jednak mniejsze wymagania w okresie spoczynku zimowego. Co ciekawsze, zyskała przydomek „modlącej się” rośliny. Uznałam więc, że na dobry początek optymalnym miejscem będzie ołtarzyk na dużej nocnej szafce. Ustawiłam ją tuż obok figury Matki Bożej Fatimskiej, która potrafi przepowiadać pogodę. Gdy wieczorem uklękłam do modlitwy, dostrzegłam gołym okiem składanie pięknych liści pionowo w górę. Ze swej strony muszę dodać, że jest rośliną nie tylko „modlącą się”, ale także „pokorną”. Maranta unosząc swe liście pionowo w górę, chowa przy okazji atrakcyjną stronę malowniczego liścia. Rozpoczynając tego dnia Nowennę Pompejańską, którą odłożyłam dopiero na wieczorną porę, okazało się że to 33 dzień. Do końca pozostało więc jeszcze 21 dni części dziękczynnej. Przyznaję, że modląc się przed figurą Matki Bożej Fatimskiej, obserwowałam także roślinę, która uspokajała i zachęcała do ciszy i refleksji. Miałam wrażenie, że Jezus jest także obok. Czas na Nowennie upływał, co można było zauważyć także na marancie, która wypuściła nowe liście ze zwiniętych rulonów.

Pod koniec listopada nasze rodzinne rozmowy skupiały się wokół sakramentu Chrztu Świętego naszego wnuka. Położna w czasie wizyt radziła, by w dobie pandemii ochrzcić dziecko dopiero po ukończeniu pierwszego roku życia. To było dla nas i córki sprzeczne, ażeby tak długo zwlekać. Postanowiliśmy ochrzcić Stasia w sobotnie popołudnie 12 grudnia we wspomnienie Matki Bożej z Guadalupe. 3 grudnia zamówiłam w wydawnictwie Sumus kopię obrazu na płótnie z Matką Bożą z Guadalupe, jako prezent z racji Chrztu Świętego. Następnego dnia przed odprawieniem Nowenny wyjęłam z segregatora archiwalny numer miesięcznika zatytułowany „Wiara jest łaską”. Na okładce była scena Chrztu Pańskiego, a wewnątrz przy rozważaniach – wizerunek Matki Bożej Pompejańskiej. Dzień 8 grudnia – Święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny – to zarazem ostatni dzień 54-dniowej Nowenny. Tego dnia w Godzinie Łaski między 12 a 13 zatopiłam się w modlitwie, aby Królestwo Chrystusowe zapanowało na całym świecie. Nowennę Pompejańską zakończyłam wieczorem, korzystając z rozważań ulubionego miesięcznika. Trafił się numer ze św. Józefem i Dzieciątkiem z podtytułem „Rodzina kolebką życia”. Nowenna się zakończyła, lecz trwałam wraz z córką na modlitwie Nowenną do Matki Bożej z Guadalupe, a od 9 grudnia już przed zakupionym obrazem.

12 grudnia doczekaliśmy się najważniejszego dnia powtórnych narodzin wnuka Stanisława. Z racji pandemii i obostrzeń w kościele, mogło uczestniczyć tylko 9 osób, lecz i tak nie było więcej gości. Popołudnie, mimo nielicznego grona gości i chrzestnych, upłynęło w podniosłym nastroju. O godzinie 15 nie zapomniałam o koronce do Bożego Miłosierdzia, prosząc Jezusa o pocałunek pokoju. Tym pocałunkiem okazał się po paru godzinach numer „Różańca” ze św. Anną na okładce z idealnym na czasie tytułem – „Wstań z kanapy – dzieci i wnuki liczą na ciebie”. Na razie mam jednego wnuka, ale w Dziele Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego także jestem po części już „babcią”. Czuję w sercu odpowiedzialność, że oprócz obowiązków domowych, muszę się modlić i nie ustawać. Szczególnie w okresie Świąt Bożego Narodzenia myśli krążyły wokół adoptowanego dziecka. W piątek 22 stycznia, odmawiając całą część różańca, ostatnią tajemnicę bolesną odmówiłam za zagrożone życie. Po modlitwie zakończonej Apelem Jasnogórskim, poprosiłam Maryję by zechciała moją dłonią wyjąć z segregatora dwa numery „Różańca” na dzień następny. Trafił się numer z Matką Bożą Fatimską i św. Janem Pawłem II zatytułowany „Jak dobrze Twym dzieckiem być!”. Drugi numer był z grudnia 2016 roku z Dzieciątkiem Jezus na okładce z napisem „Słowo stało się ciałem”. W zakłopotaniu, spoglądając raz na figurę Fatimskiej Pani a raz na stojącą obok marantę, szukałam odpowiedzi. Czyżby dziecko adoptowane duchowo przyszło już na świat? Trochę to za wcześnie… Trzeba się modlić i nie poddawać! Trwałam więc na modlitwie, korzystając nadal z aplikacji „Adoptuj życie” oraz z książeczki „280 dni modlitwy za życie zagrożone”, którą zamówiłam z filmem „Nieplanowane”.

16 lutego o świcie wyjęłam z segregatora numer miesięcznika z rozważaniami, by po raz ostatni się pomodlić za to dziecko i jego matkę. Trafił się numer z tytułem „Dzielenie się to radość”. Okładkę zdobi obraz Madonny z Sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Królowej Różańca Świętego w Wysokim Kole. Maryja trzyma na ręku urocze Dziecię Jezus. To numer z października 2011 roku, który przez 10 minionych lat, gdy tylko wpadł mi do ręki, pozostawał dla mnie zagadką bez odpowiedzi. Dlaczego Dzieciątko Jezus ma w tym obrazie lekko skośne oczka? Dopiero w tym dniu (16.02.2021) potrafiłam coś zrozumieć. Być może dziecko, które adoptowałam duchowo, przyszło na świat z zespołem Downa? Nawet maranta „przemówiła”, że to dziecko mogło być przysłowiową roślinką i potrzebowało więcej modlitwy… Możliwe także, że przyszło na świat jako wcześniak… Można zadawać wiele pytań i stawiać odpowiedzi. Uznałam, że najlepszą odpowiedzią będzie poranna Msza święta ofiarowana po raz ostatni za dziecko i jego rodziców. Z racji 16 dnia miesiąca, prosiłam Matkę Szkaplerzną by otoczyła ich płaszczem swej opieki. Po powrocie z kościoła powagę mego nastroju rozwiał mój wnuk, gdyż był ubrany w body z napisem „Cała naprzód! Ku nowej przygodzie”. Rzeczywiście, nową przygodę z duchową adopcją rozpoczęłam już następnego dnia w Środę Popielcową, prosząc Bolesną Matkę Pięknej Miłości o wstawiennictwo i opiekę.

„Dzielenie się to radość” i dlatego dzielę się tym świadectwem, które w moim odczuciu jest bardzo powiązane z odprawieniem dwóch Nowenn Pompejańskich.

Jako ciekawostkę nadmieniam, że marantę musiałam przenieść do innego pokoju, by mogła „zakosztować” także nieco słońca. Sama się tego domagała, lekko wyginając w jedną stronę. Zrozumiałam przy tym dlaczego, ponad 40 lat wstecz, mojej mamie nie powiodła się hodowla maranty. Po prostu z braku odpowiedniej fachowej literatury.

Gabriela

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Copy link
Powered by Social Snap